Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2016

Pokémon Go, czyli powrót do czasów dzieciństwa i lek na depresję

O Pokémon Go usłyszałem na krótko przed premierą. Sama koncepcja brzmiała super: zwiedzanie świata i łapanie pokemonów. Kto o czymś takim nie marzył? Aplikacja i jej niezwykła popularność przeszły jednak moje najśmielsze oczekiwania, zmieniając nieco mój sposób spędzania wolnego czasu i przynosząc nieco radości w życiu. Fajnie, nie?

No ale po kolei. Zaczęło się od wyjazdu na weekend do rodziny. Dwaj młodzi kuzyni, z pokemonami nie za dobrze obeznani. Czemu by ich nie wkręcić? Aplikację zainstalowałem właśnie po to. Zresztą i tak spodziewałem się, że może mi się nieco nudzić, bo o ile wieczorne siedzenie przy piwie zaspokaja moje potrzeby, to duszenie się na ogrodzonym terenie w słońcu w dzień - nieco mniej. Połaziliśmy więc po okolicy łapiąc Pokemony i odkrywając nowe funkcje aplikacji. I już wtedy pomyślałem, że "to będzie coś", bo z Igorem, moim najmłodszym kuzynem, spędziłem ponad godzinę spacerując między domami i blokami, rozmawiając i po prostu świetnie się bawiąc. Mogłem go nieco lepiej poznać i nadrobić zaległości. "Podoba mi się, ciekawe czy mam jakieś pokestopy pod domem w Łodzi", pomyślałem.


Okazało się, że pokestopów nie ma. Jest za to gym. Niepozorna kapliczka stojąca obok parkingu okazała się być moim lokalnym centrum pokemonowych pojedynków i walki o teren między trzema frakcjami. Ja wybrałem oczywiście niebieskich, czyli Team Mystic, moja postać została bowiem wykreowana na wzór niebieskowłosej Drobinki, bohaterki mojej przygody w Star Wars: The Old Republic.

I co najlepsze, polowanie na Pokemony okazało się być jedynie dodatkiem do świetnej zabawy przy eksplorowaniu miasta i poznawaniu nowych ludzi. Grupy na Facebooku szybko przerodziły się w spotkania i nowe znajomości. Z jednego z wypadów, podczas którego złapałem wreszcie Pikachu, wróciłem o 9 rano następnego dnia... I bawiłem się wyśmienicie. Tak, wreszcie miałem pretekst żeby ruszyć tyłek z domu. I zrobić to z chęcią oraz przyjemnością! Mało tego, w związku z tym, że od kilku miesięcy poruszam się po mieście na rowerze, jest mi łatwiej docierać w niektóre miejsca, korzystać z rzuconych przez innych graczy przynęt. No i czuję się przy okazji dokładnie jak bohater klasycznej gry na Game Boy albo Ash z pokemonowego anime.

Dużą frajdę daje mi również świadomość, że jestem częścią światowego i popkulturowego fenomenu, który na zawsze wpisze się w historię i bez wątpienia zmieni sposób w jaki spędzamy wolny czas, bawimy się, robimy marketing, myślimy o mediach społecznościowych i o platformie mobile. Dobrego smaku dodaje również fakt, że jest to druga eksplozja popularności Pokémon jaką miałem okazję przeżyć, przez co czuję, że jestem znowu dzieckiem. Z jedną różnicą - korytarz szkolny został zastąpiony przez całe miasto!

Mam nadzieję, że przede mną jeszcze dużo zabawy, nowych rozmów, spotkań i epickich wypraw. W ciągu tych dwóch tygodni poznałem swoją okolicę i wiem już, gdzie w Łodzi znajduje się jaki park. Fajna przygoda i jakoś tak mniej samotnie się na chwilę poczułem :) Marzenia się spełniają, nawet jeśli nie do końca tak, jak by się tego chciało.

niedziela, 26 lipca 2015

Przebudzenie Polski?


Kilka dni temu na Bastionie Polskich Fanów Star Wars ruszyła akcja uświadamiania rodaków o dacie polskiej premiery "Przebudzenia Mocy". Powstało wydarzenie na Facebooku, do którego dołączyło się już ponad 5 tysięcy fanów, a informacje o akcji fanów pojawiły się na przykład na wykopie oraz kwejku.

I właśnie między innymi to ostatnie miejsce - jedno z bardziej prymitywnych zakątków polskiego internetu, w którym nie trudno natrafić na dzieciaki oraz ludzi o niskich wymaganiach - zainspirowało mnie do wylania irytacji w tym wpisie. Bo o ile fajnie, że wieść o bulwersujących działaniach polskich dystrybutorów niesie się po kraju, to czytanie komentarzy o akcji przyprawiło mnie jedynie o ból głowy...

Moje wnioski z zaobserwowanych reakcji:
  • Moi rodacy mają niskie wymagania i pozwalają się robić w chuja, bo są do tego po prostu przyzwyczajeni. Argumenty typu "bo u nas zawsze premiery są później", sugerujące, że to jest OK, są dużo powszechniejsze niż sądziłem. Nie ważne, że na Ukrainie, w Azerbejdżanie, w Kazachstanie, Libanie, i właściwie na całym świecie, premiera jest 16-18 grudnia. My od zawsze suchy chleb popijamy brudną wodą i niech tak zostanie. 
  • Wielu wydaje się, że to wina dubbingu. "Bo muszą nagrać dubbing, to normalne". Taaa, tylko że pozostałe kraje Europejskie, które mają premierę 16, 17 lub 18 grudnia, też dubbingują. Nie ma to nic do rzeczy.
  • Masa ludzi bredzi o tym, jakoby w święta bilety były droższe i ludzie częściej chodzili do kin. No dobra, pewnie tak jest, ale premiera 18 grudnia nie wyklucza zarobku w trakcie świąt - film z kin nie zniknie, a ludzie nie zrezygnują z zobaczenia SW, bo "to staroć". Plus, chyba Disney`owi bardziej się opłaca pokazanie filmu przed świątecznymi zakupami, żeby nakręcić sprzedaż zabawek (z których zarobią więcej niż z biletów) - czemu na całym świecie ta logika jest wykorzystana, tylko u nas nie? 

Generalnie wiele osób pisze, że dystrybutorzy w Polsce po prostu liczą na większy zysk 25 grudnia, zakładając, że u nas do kin przed świętami się nie chodzi. Dzieci powołują się na statystyki, których nigdy na oczy nie widziały, a "specjaliści" komentują, że nasze społeczeństwo jest skupione na zakupach i domowych wypiekach, nie mając czasu na oglądanie filmów. A ja się pytam - czym zachowania Polskich konsumentów się - kurwa - różnią w tym kontekście od zachowań konsumentów na Słowacji, we Francji, w Portugalii, w Stanach Zjednoczonych czy w Hiszpanii? Dlaczego Disney liczy na największy zarobek właśnie w okresie 16-18 grudnia, a Disney Polska zarobku tam nie widzi?

Mam wrażenie, że w Polskich oddziałach międzynarodowych korporacji pracują same podstarzałe dziadki, które nie mają żadnego pojęcia o marketingu i rynku, a decyzje podejmują w oparciu o przestarzałe badania. Nie widzę żadnego powodu, dla którego mielibyśmy być jedynym europejskim krajem z tak późną datą premiery! Ja czekać na The Force Awakens do 25 grudnia nie mam zamiaru i wyjeżdżam na premierę do Czech lub Niemiec - zbyt długo oczekiwałem na to wydarzenie, a w czasach rozwiniętych mediów społecznościowych nie uniknę spoilerów i dokładnych opisów fabuły. Chciałbym zresztą uczestniczyć ze wszystkimi w tym międzynarodowym święcie i na świeżo o filmie dyskutować z fanami z całego świata.

Anyway, tylko się podirytowałem czytając te wypociny dzieciaków i mentalnie ograniczonych prymitywów. Niskie wymagania, brak umiejętności logicznego myślenia, żenujący poziom języka - jak ci ludzie chcą z tą mentalnością się rozwijać? Ba, jak ten kraj ma się rozwijać z tak biernym społeczeństwem? Jak poziom świadczonych usług ma wzrosnąć, kiedy masy zadowalają się ochłapami? Problem ten przejawia się zresztą też w innych aspektach życia społecznego, na przykład w kwestii niskich zarobków (kilkanaście razy niższych niż na zachodzie) i wymagań co do wysokości pensji. Pracodawcy robią młodych pracowników w chuja zatrudniając na umowy śmieciowe, a ustawieni w kolejce po zatrudnienie tylko czekają, aż zwolni się miejsce kogoś, kto miał ambicje wyższe i śmiał prosić o umowę o pracę.

Daleko z taką mentalnością ten kraj nie zajedzie.

[EDIT: 29 lipca 2015] Udało się! :D

czwartek, 18 grudnia 2014

Legitymizacja groźby terrorystycznej jako skutecznego narzędzia nacisku

Od dzisiaj, jeśli nie podoba nam się jakiś film - czy to ze względów politycznych, stricte ideologicznych, kulturowych, czy jakichkolwiek innych - wystarczy pogrozić wysadzeniem kin, aby skutecznie zablokować jego premierę. Taki oto precedens ustanowiło dzisiejszą decyzją tchórzowskie Sony.

Beznadziejności tego posunięcia nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto chociaż w minimalny sposób potrafi wyprowadzać logiczne wnioski w procesie intelektualnego rozmyślunku. Hakerstwo i retoryka terrorystyczna stanie się teraz skutecznym narzędziem, dzięki któremu przeróżne organizacje będą mogły wpływać na to co zobaczą normalni odbiorcy. Nie minie pewnie kilka dni, kiedy IS (dawne ISIS) czy talibowie zorientują się, że takim sposobem można zablokować premierę każdego filmu, który, przykładowo, krytykuje religijny fundamentalizm. Ile będziemy musieli czekać, żeby usłyszeć groźby skierowane w kierunku produkcji odkrywającej troszkę więcej kobiecego ciała, albo promującej wolność wyznania czy wyboru orientacji seksualnej?

Bo cóż to za rzeczywistość, w której - skompromitowane i nic nie znaczące na arenie międzynarodowej - totalitarne państewko, przy użyciu gróźb, dyktuje prywatnej korporacji - która funkcjonuje w bogatych, demokratycznych i znaczących państwach - tematykę jaką wolno i nie wolno poruszać w jej komercyjnych produkcjach filmowych? Chociaż gdyby na siłę próbować znaleźć w tym pozytyw, to może społeczeństwo zwróci teraz większą uwagę na ten hermetyczny, pseudo-komunistyczny twór. W końcu zamiast testów rakietowych i gróźb wojny z Koreą Południową (do tego już przyzwyczajoną) autentycznie mówi on o atakach terrorystycznych na obiekty cywilne Zachodu. Jedno jest pewne - Sony bierze Koreę Północną bardziej serio niż rządy Japonii, USA i Korei Południowej razem wzięte.

I co może teraz - po takiej kompromitacji - zrobić Sony? Cóż, przy okazji ataków hakerskich wyciekły nie tylko wewnętrzne e-maile pracowników, czy scenariusze filmów, ale także różnorodne - bardzo archaiczne - strategie walki z piractwem. Sony od kilku dni traci w oczach zainteresowanych filmem widzów i może najlepszym sposobem na odwrócenie tej tendencji byłoby wrzucenie The Interview na torrenty - ot tak, po prostu, w ramach pokazania środkowego palca terrorystycznym prostakom z totalitarnego północnokoreańskiego bagna.

A ja jeszcze w kierunku terrorystów mogę skierować tylko jedną prośbę: zagroźcie Sony, że jeśli nie oddadzą praw do Spider-Mana Marvelowi, to zrobicie małe bum-bum w głównych siedzibach tej korporacji. Z góry dzięki.

[Update:] Oklaski za Obamy, któremu również nie spodobała się polityka Sony i który pokazał amerykańskie jaja nakładając nowe sankcje na Koreę. Film natomiast (swoją drogą bardzo słaby) okazał się finansową klapą - niby ukazał się w kilku kinach i na VOD, ale w ogólnym rozrachunku dystrybutor wyjdzie na minus.

poniedziałek, 26 maja 2014

Rozmyślania na temat frekwencji


Jest mi bardzo przykro, że stało się tak jak się stało, chociaż wiem, że było to do przewidzenia.

23,82% frekwencji oznacza tylko tyle, że 3/4 dorosłych obywateli Polski albo kompletnie nie jest zainteresowana uczestniczeniem w demokratycznych mechanizmach obecnego systemu, albo jest tak rozczarowanych systemem, że nie wierzy w wartość swojego głosu i nie widzi żadnej perspektywy na zmianę.

Niezależnie od powodów, czy to się "nie chciało", czy źle się czuło, czy świadomie się wybory bojkotowało, wszyscy którzy nie głosowali przyczynili się do takiego wyniku wyborczego: faszysta Korwin zdobywa 7%. Mobilizacja gimbusów którzy osiągnęli już wiek wyborczy była do przewidzenia, jednak w przypadku gdyby więcej rozumnych istot poszło do urn, na pewno nie wysłalibyśmy do Europarlamentu tak prymitywnych jednostek o skrajnie prawicowych poglądach.

Nie było na kogo głosować? Ależ oczywiście, że było. Na karcie do głosowania znajduje się wiele komitetów wyborczych o których wcale się w mediach nie mówi, a na które można oddać swój głos, nie tylko spełniając swój obowiązek i zwiększając frekwencję, ale też dając znak, że nie godzi się na obecny stan rzeczy. Komitet na który głosowałem nie przekroczył nawet 1%, ale moje sumienie jest czyste. Skorzystałem z prawa do wypowiedzenia się, a Polska Partia Piratów ten jeden  więcej (oby motywujący) głos otrzymała.

Wynik wyborów w innych krajach Europejskich jest podobnie niepokojący: do głosu dochodzi skrajna eurosceptyczna prawica, często mająca poglądy wręcz faszystowskie, rasistowskie, oraz używająca retoryki rodem z rynsztoka. Korwin-Mikke, chcący obalenia demokracji i zaprowadzenia prawicowej monarchii, otrzymał uwagę mediów i to było pewnie błędem, bo mimo, że powielało się jego krzyki o głupocie kobiet, czy "lewactwu" całego świata, to trafił on z tym do ponad pół miliona osób.

Teraz, dzięki temu, że ma uwagę mediów, oraz jest częścią systemu politycznego, w wyborach parlamentarnych w przyszłym roku może zdobyć kilka miejsc w Sejmie. Ludzie nie będą się bali tego, że ich głos jest "zmarnowany", a tendencja i prognoza nie jest dobra, bo wśród ludzi w wieku 18-25 lat miał on aż 30% poparcia. Co jest w głowach tych zakochanych w kapitalizmie i konserwatyzmie społecznym ludziach?

Oczywiście, że bezrobocie, brak perspektyw (80% młodych ludzi nie zastanawia się czy wyjechać z Polski, ale KIEDY), kryzysy ekonomiczne mają duży wpływ na radykalizację poglądów społecznych. Hitler otrzymał władzę w demokratycznych wyborach, także w rękach społeczeństwa jest wielka odpowiedzialność za to co się dzieje.

Pisałem już o tym, że system demokracji przedstawicielskiej nie jest perfekcyjny, ale nie głosując nie ma się żadnego wpływu na rozwój sytuacji. Oddaje się władzę w ręce innych, bardziej zmobilizowanych i radykalnych jednostek. Tak czy inaczej, każdy kto nie głosował właściwie pasywnie zgodził się na taki rozwój sytuacji. Mam nadzieję, że mentalna "gimbaza" do której trafia faszystowska retoryka Korwina-Mikke wyrośnie z tego typu poglądów, a za rok do urn pójdzie przynajmniej 60% wyborców.

wtorek, 20 maja 2014

Rozmyślania na temat systemu demokratycznego


Już w tę niedzielę wybory.

I mam z nimi problem taki sam jak z każdymi wyborami, nie ważne czy samorządowymi, prezydenckimi czy europejskimi. Głównym powodem jest fakt, że jako anarchopacyfista nie wierzę w skuteczność systemu demokracji przedstawicielskiej i bliżej mi do idei demokracji bezpośredniej, organizacji oddolnej, instytucji zdecentralizowanych. Mam więc dylemat natury moralnej - brać udział w mechanizmach systemowych które poddaję krytyce, czy nie?

Z drugiej strony mój anarchizm jest już mocno "stłamszony" przez obserwację realnej rzeczywistości. Moja wiara w społeczeństwo i jego zdolność do świadomych, uczciwych i pokojowych zachowań właściwie nie istnieje, a kierunek studiów które wybrałem pozwolił mi głębiej zanurzyć się w fakty prawne, oraz poznać bliżej mechanizmy które kierują systemem politycznym nie tylko naszego kraju, ale też Unii Europejskiej i - właściwie w głównej mierze właśnie - świata.

Trochę więc pogodziłem się z faktem życia w systemie demokracji przedstawicielskiej, chociaż ilekroć obserwuję kampanie wyborcze i ten populistyczny cyrk na uśmiechy oraz sławne nazwiska, tylekroć załamuję ręce nad beznadziejnością i brakiem sensu takiego systemu. Ale czy jest jakaś inna opcja, która dawała by ludziom szerokie możliwości posiadania wpływu na politykę, przy zachowaniu pewnego "porządku"? To straszne, ale właśnie w taki sposób uderzyłem we własne poglądy anarchistyczne...

Stąd też postanowiłem już jakiś czas temu, że anarchopacyfizm - jego podstawowe, wolnościowe i prospołeczne, założenia - zachowuję w sercu, natomiast w głowie kieruję się bardziej "przyziemnymi" ideami, związane głównie z szeroko pojętą lewicą, czyli bardzo liberalnym podejściem do spraw społecznych, oraz socjalistycznym i antykapitalistycznym spojrzeniem na kwestie gospodarcze.

Tylko teraz dochodzimy do kolejnych kwestii - próbę zmuszenia siebie samego do głosowania na partie polityczne, które chociaż może są blisko moich "przyziemnych" poglądów, to i tak nie reprezentują w pełni tego co myślę. Do tego fakt, że podczas kampanii wyborczych posługują się oni populistycznymi rozwiązaniami absolutnie zniechęca mnie do zakreślania kwadracików przy nazwiskach określonych list.

Przykład? Mógłbym głosować na SLD-UP, ponieważ są reprezentują oni liberalne spojrzenie na kwestie społeczne, oraz socjaldemokratyczne na sprawy gospodarcze, a sama Unia Pracy jest chyba najbardziej lewicową i pro-pracowniczą partią na polskiej scenie politycznej (głosowałem już kiedyś na nich), ale nie mogę się przemóc, żeby zagłosować na listę, na której jedynką jest celebrytka Weronika Marczuk (która na bliboardach oprócz swojej zadbanej buzi nie prezentuje żadnych merytorycznych haseł), mimo, że na drugiej pozycji znajduje się inteligentny i wykształcony nauczyciel akademicki, którego teoretycznie mógłbym poprzeć. Teoretycznie, bo jednocześnie poparłbym wtedy "jedynkę".

Na szczęście w Łodzi z list Komitetu Wyborczego Demokracja Bezpośrednia (brzmi nieźle) startują członkowie Polskiej Partii Piratów (jeszcze lepiej), więc to na nich oddam swój głos. Niestety będzie to w praktyce głos zmarnowany, gdyż nie zapowiada się, aby cieszyli się oni dużym poparciem, tak więc szanse na wejście przedstawicieli tego Komitetu do Europarlamentu są żadne. Taki niestety jest nasz system, w którym wygrywają piękne buzie mające zaplecze i pieniądze na liczne spoty i bliboardy, a sensowne programy polityczne obchodzą tylko bardzo nieliczną mniejszość głosujących.

I faktycznie smuci mnie fakt, że właściwie zdecydowaną większość naszego społeczeństwa wybory nie obchodzą (wg. sondaży wybory te mają mieć najniższą frekwencję w historii). Z drugiej chciałoby się wierzyć, że zagłosują chyba ci zainteresowani tematem polityki, czyli... teoretycznie, świadomi tego na kogo głosują. Ale czy demokracja w przedstawicielska, w której wybierani politycy mają tak niski poziom legitymizacji władzy, jest dobrym systemem? No i czy frekwencja i zainteresowanie społeczeństwa wyborami byłyby większe w systemie demokracji bezpośredniej, czyli takiej opartej na partycypacji i wyborach?

Nie jestem zwolennikiem wprowadzania kar za nie chodzenie na wybory - co jest popularne w niektórych krajach Europy zachodniej, gdzie często za brak uczestnictwa płaci się kilkaset euro kary -  i faktycznie jestem świadomy tego, że w systemach politycznych które posiadają pewne elementy demokracji bezpośredniej - jak w Szwajcarii - ludzie są bardziej zainteresowani procesem rządzenia. Jest to spowodowane głównie tym, że kwestie które są poddawane pod referenda są żywo dyskutowane w mediach, więc ludziom ciężko jest uniknąć debaty publicznej, jednak mimo wszystko nie można być specjalistą od wszystkiego, i ludzie głosują na podstawie tego co mówią "autorytety" i "specjaliści", często bezmyślnie. A to już abstrahując od tego, o czym - i jak - się u nas w mediach mówi.

Nie jest też tak, że większość - która rządzi we wszelkich formach demokratycznych - ma zawsze rację. Potrzebne są zasady które zapewnią mniejszościom prawa do decydowania o sobie, ale po raz kolejny są na to jedynie dwa sposoby: albo ludzie (wszyscy) będą wierzyć w takie idee (anarchizm), albo wprowadzone zostaną odgórnie mechanizmy mające na celu zagwarantowanie mniejszościom określonych praw. Znowu, w praktyce, raczej mało popularne są partie które chciałyby w radykalny sposób tłamsić różne grupy ludzi (czyli dobrze), ale w teorii mogą one kiedyś dojść do władzy, co się zdarza chociażby przy okazji kryzysów ekonomicznych (przykład: Hitler i NSDAP).

Więc znów, w teorii, demokracja przedstawicielska jest na tyle elastyczna, że w wyborach do Europarlamentu są partie eurosceptyczne chcące obalenia Unii Europejskiej, więc system sam w sobie jest zdolny do transformacji. Często jednak, w praktyce, ludzie głoszący wzniosłe - radykalne czy nie - idee po dojściu do władzy niekoniecznie kierują się hasłami wyborczymi i interesem ludzi którzy na nich głosowali. Ba, to wręcz jeden z charakterystycznych elementów demokracji przedstawicielskiej - politycy myślą o ludziach (nie zawsze, ale najczęściej) jedynie przy okazji wyborów, po czym biorą pensję za nierzetelną pracę. Dlatego potrzebne są mechanizmy które umożliwiłyby odwoływanie deputowanych.

To też nie jest domena demokracji przedstawicielskich, że politycy po dojściu do władzy zapominają o wyborcach. Mówi się, że władza deprawuje, i coś faktycznie w tym jest. Stąd słabością anarchizmu jest fakt, że zawsze mogą pojawić się jednostki chcące więcej dla siebie - chciwość to naturalna wada człowieka. Przykładem mogą być komuniści w Rosji, którzy doszli do władzy w wyniku rewolucji, ale zamiast wprowadzać idee komunizmu w życie, zrobili z kraju twór totalitarny, nie różniący się zbytnio od faszyzmu.

Mógłbym teraz wysunąć wniosek, że nie powinniśmy poddawać krytyce systemów politycznych, ale ludzi i ich naturę. Byłoby to jednak dość pesymistyczne i absolutnie zaprzeczałoby mojej wierze (marzeniu?) w to, że kiedyś - w sposób naturalny, ewolucyjny - na świecie zapanuje anarchizm i pokój między wolnymi jednostkami. Jestem więc pełen sprzeczności i wewnętrznej walki. Poddawanie w wątpliwość własnych idei jest jednak chyba dobre i świadczy o inteligencji, tak więc chciałbym, żeby więcej ludzi - a tym bardziej polityków - było w stanie poddawać swoje poglądy krytyce.

Ten temat to temat rzeka. Abstrahując już od samych kwestii systemowych, pozostaje ta związana z poglądami partii które kandydują w nadchodzących wyborach. Nie jest jednak zamienić tego posta w krytykę prawicy, konserwatyzmu i eurosceptycyzmu, wchodzić w szczegóły związane w zasady funkcjonowania Unii Europejskiej, ani atakować poszczególnych partii i polityków z którymi się nie zgadzam i raczej na pewno nigdy nie zgodzę. Właściwie właśnie chciałem pisać o wyborach do Europarlamentu i na tym się skupić, ale przemyślenia na temat systemu demokratycznego jakoś we mnie tkwiły i same z siebie wypłynęło, więc niech tak też pozostanie :)

sobota, 10 sierpnia 2013

Star Wars Episode VII - być spoiler-free czy nie?


Nienawidzę spoilerów. Jedna informacja dotycząca przyszłości jakiegoś serialowego bohatera potrafi mnie nieźle zdenerwować, włącznie z chęcią rezygnacji z dalszego oglądania. Tak samo z filmami - lubię nie wiedzieć za dużo, czuć zaskoczenie i dać się pochłonąć fabule bez wiedzy o żadnych kluczowych jej elementach. Uważam nawet, że dzisiaj trailery są zbyt długie i często za bardzo opowiadają o treści filmu. Często oglądamy jakiś film, którego fabuła w większości została nam już podana na talerzu w zwiastunie, a sam film jest poszerzeniem historii i potwierdzeniem tego co już wiemy - nie jest to przyjemne. Nie jest przyjemne również to co robią wydawcy książek. Często czytając opis powieści zamieszczony na tylnej okładce, dowiadujemy się treści POŁOWY (jeśli nie więcej!) książki. Jest to żenujące i nauczyło mnie, żeby nigdy tam nie zaglądać przed skończeniem czytania.

Podobnie jest z każdym medium - z książkami, z komiksami, z grami. Lubię wiedzieć jak najmniej. Dlatego przy okazji premiery Epizodu VII nasuwa się pytanie - co zrobić ze spoilerami? Nigdy do tej pory nie miałem okazji do tak bliskiego "czuwania" przy produkcji Star Wars. Przy okazji Prequeli byłem za młody, to raz, a dwa: nie miałem dostępu do Internetu. Teraz natomiast mogę na bieżąco śledzić wszelkie newsy, zdjęcia z planu, zapowiedzi, przecieki, wywiady, i spędzać setki godzin na spekulacjach na forach fanów Star Wars.

Żeby być spoiler-free musiałbym całkowicie odciąć się od tej części Internetu, w której spędzam najwięcej czasu, a mimo to, ciągle istnieje ryzyko, że ktoś mi poda spoiler w innych miejscach. Ryzyko jest gigantyczne, bo w 2014 i (szczególnie) 2015 roku Episode VII będzie WSZĘDZIE - w telewizji, w prasie, na ulicy, w radiu, w sklepach, w każdym zakątku Internetu! Skąd mam mieć pewność, że nie przeczytam gdzieś za dużo, nie zajrzę w komentarzach za daleko, jakiś kretyn nie wrzuci czegoś na walla na Facebooku (musiałbym odlajkować wszystkie strony SW), czy nie zobaczę jakieś rozmowy o VII na chacie w The Old Republic? Nie mam, jest więc ryzyko, którego nie wyeliminuję dopóki nie zamknę się w jaskini aby żyć jak pustelnik.

Mimo przyjemności z niewiedzy, trzeba wziąć pod uwagę, że Star Wars to coś innego niż jakiś tam serial czy książka. Mam okazję uczestniczyć w wielkim czuwaniu związanym z wygrzebywaniem wszelkich newsów, zdjęć, wywiadów i przecieków oraz wielogodzinnej spekulacji na forach, składania pojedynczych elementów w całość. Pewnie, nie chciałbym przeczytać nowelizacji przed premierą filmu, nie chciałbym też znać pewnych KLUCZOWYCH dla fabuły elementów (które zapewne nie wyciekną zanim nowelizacja/film nie trafi do księgarń/kin), ale wiedziałbym dużo.

Spoilery na pewno nie zmienią tego czy film jest dobry czy zły, mogą nawet nie do końca wpłynąć na jego odbiór - przecież za każdym razem kiedy oglądam któryś Epizod, to jest zajebiście. Podobnie z kolejnym przeczytaniem ulubionej książki czy zagraniem w ulubioną grę. Fakt, to uczucie kiedy pierwszy raz widziałem III było niezwykłe, ale przecież wiedziałem, że Anakin przejdzie na Ciemną Stronę i spłonie w lawie! Wszystko było jasne, nie wiedziałem tylko jak film będzie skonstruowany, jak aktorzy dadzą sobie radę, jaki będzie montaż, muzyka, scenografia, jak to wszystko będzie razem grało jako jedna wielka epicka całość i podróż do Odległej Galaktyki. Warto też wspomnieć, że zdecydowanie bardziej przeżyłem przeczytanie nowelizacji Zemsty Sithów niż sam film, co wskazuje, że nie tylko istotne jest CO opowiada historia, ale JAK.

Istnieją nawet ciekawe badania które wskazują, że spoilery zwiększają przyjemność z odbioru historii. Można przeczytać o tym TUTAJ. Z niektórymi tezami można się zgodzić - ze spoilerem łatwiej jest zagłębić się w daną przygodę i ją zrozumieć, zwracając uwagę na małe szczegóły. To działa kiedy czytamy wielokrotnie ulubioną książkę czy oglądamy film: mimo znajomości treści, czerpiemy z jej przeżywania na nowo dużą przyjemność, czasami nawet większą niż wcześniej. Oczywiście z niektórymi tezami mógłbym dyskutować - na pewno w niektórych historiach ten element zaskoczenia jest KLUCZOWY dla historii (Fight Club, Szósty Zmysł, Truman Show) i lepiej dać się zaskoczyć podczas oglądania filmu, niż czytając niepotrzebny artykuł.

Nie uniknę spoilerów, nie ważne jak bardzo bym chciał. Mogę za to uniknąć gigantycznej irytacji, gdybym na taki natrafił. Bo czy odbiór filmu nie byłby lepszy, gdybym znał jego niektóre elementy z własnej woli, a nie z woli przypadku? Dodatkowo, nie bycie spoiler-free umożliwia mi kontakt z innymi fanami oczekującymi na nowy film. Z tego co czytam na forach, te miesiące przed premierami prequeli były w Sieci dla nich niezwykłym doświadczeniem, pełnym rozbudowanych dyskusji, debat i spekulacji, często w oparciu o nieprawdziwe informacje czy zdeformowane pogłoski. To na pewno będzie niezwykłe doświadczenie.

Nie będę więc spoiler-free. Mimo chęci obejrzenia Episode VII bez żadnej wiedzy o nim, nie mógłbym powstrzymać CIEKAWOŚCI i chęci dzielenia się nią z innymi, a zagrożenie wpadnięcia na spoiler jest zbyt duże. Pochłonę więc większość jak gąbka, a potem pójdę na Episode VII z otwartym sercem pełnym ciekawości, czy Star Wars to tylko 1977-2012 czy może wkroczymy w nową Złotą Erę? Byłoby świetnie.

piątek, 26 lipca 2013

Minister Biernacki i cenzura internetu


Dzisiaj dowiedziałem się, że minister sprawiedliwości, Marek Biernacki, jest nieodpowiedzialnym i leniwym rodzicem. No i do tego kretynem, nie mającym pojęcia o funkcjonowaniu internetu, ani o zwyczajach obywateli państwa, któremu służy.

Jak długo zwykli obywatele będą jeszcze znosić tego typu wypowiedzi? Jakakolwiek cenzura to ograniczanie wolności słowa, wolności która jako tako może jeszcze istnieć tylko w ostatnim bastionie niezależnej myśli - w internecie. Ma być odwrotnie! Powinny powstawać specjalne przepisy prawne które postawiłyby betonowy mur między internetem a JAKIMIKOLWIEK regulacjami jego dotyczącymi. Nie może być tak, że jakiś minister czy poseł, nie mający pojęcia o nowych technologiach i nie potrafiący poruszać się po Sieci, natrafi nagle na jakąś treść z którą postanowi walczyć poprzez ustawy i akty prawne, poprzez cenzurę i ograniczanie wolności. Każda taka jednostka powinna być NATYCHMIASTOWO pozbawiona miejsca w sferze publicznej i politycznej!

Tym bardziej nie może być tak, jak stało się obecnie w UK - pod pozorem "ochrony" dzieci narodu, David Cameron i jego świta zablokowali dostęp do pornografii wszystkim internautom. Leniwi politycy-rodzice, w imieniu leniwych-rodziców z całego kraju, zamiast kampanii promującej całą masę filtrów i metod na blokowanie treści niebezpiecznych, bądź informowaniu o zagrożeniach które mogą czyhać na każdym kroku (stalking, phishing, zasady działania portali społecznościowych i randkowych), czy w ogóle nie myśląc o zdrowym podejściu nie dopuszczania dziecka przed internet zanim nie skończy ono podstawówki, postanowili zapobiegawczo narzucić filtr całemu społeczeństwu. Powinni jeszcze wprowadzić prohibicję na alkohol, aby dzieci przypadkiem nie dopijały wódki z kubków pozostawionych po imprezach wyprawianych przez rodziców, no i odciąć prąd we wszystkich domach, aby przypadkiem żadna pociecha nie wsadziła palców do kontaktu.

Warto jeszcze dodać o tym, że w internecie właściwie nie da się zablokować skutecznie żadnych treści. Blokada The Pirate Bay w (faszystowskim już prawie) UK skończyła się po prostu wysypem setek (sic!) domen, które bez problemu umożliwiają Brytyjczykom ściąganie torrentów. Nie mówiąc już o innych metodach, takich jak bramki proxy, sieć TOR czy po prostu wysyp undergroundowych stron umożliwiających dostęp do najdziwniejszych treści. Rodzi to kolejny problem - w przypadku cenzury, zdesperowani obywatele będą grzebać daleko w internecie, szukając uprawnionej pornografii. A internet to miejsce dziwne, dla zwykłego człowieka który wejdzie w jego głębsze zakamarki może to być zdecydowanie bardzo SZOKUJĄCE. Zwykli obywatele natrafią na nic innego jak na najróżniejsze i najdziwniejsze fetysze oraz pornografię na którą natrafić by nie chcieli (i nie natrafiliby gdyby nie musieli) - gwałty, fetysze związane z fekaliami, pedofilię, zoofilię i wszelkie dziwactwa które na pewno mają swoje nazwy, a których na szczęście nie znam (należy szukać w terminologii psychiatrycznej). Poza tym kto wie, czy ograniczenie dostępu do pornografii nie zwiększyłoby liczby gwałtów, bądź ogólnej przemocy?

Czy tak państwo chce chronić umysły swoich obywateli i ich dzieci? Jak długo jeszcze ludzie będą znosić takie wypowiedzi? Dlaczego ludzie myślący i odpowiedzialni mają BAĆ SIĘ państwa i jego regulacji skierowanych tak naprawdę w kierunku masowych idiotów nie potrafiących ochronić dziecko przed niechcianymi treściami? Wiem, że to hasło jest już strasznie suche, ale warto powtarzać je przy każdej okazji: to państwo i politycy mają bać się społeczeństwa, a nie społeczeństwo państwa i polityków! Biernacki za takie wypowiedzi powinien być pozbawiony władzy.

Zagrożenie jest REALNE, blokada pornografii w UK, jakkolwiek absurdalny i idiotyczny pomysł (z wielu powodów), jest faktem i niestety trzeba się liczyć z tym, że jakiś kretyn pokroju ministra Biernackiego zacznie w Polsce lobbować podobne pomysły (nie ważne czy na serio z głupoty, czy w celu wprowadzenia furtki umożliwiającej cenzurę i kontrolę internetu). Szkoda tylko, że polscy politycy sięgają po rozwiązania z "zachodu" jedynie wtedy, kiedy chodzi o cenzurę bądź blokowanie czegokolwiek. Kiedy Cameron forsował w Wielkiej Brytanii liberalne prawo związane z małżeństwami homoseksualnymi to siedzieli wszyscy cicho.

Żałosne.

ADDENDUM: Cytat tak żałosny, że nie wymaga komentarza: "Powinniśmy rozpocząć prace nad ograniczeniem dostępu do treści pornograficz­nych, przede wszystkim młodym ludziom. Już dzisiaj nie zawsze rozróżniają co jest dobre, a co złe, w następnych pokoleniach może być znacznie gorzej. Widząc te treści będą wychodzić na ulice, być może zabijać, być może gwałcić, chcemy temu zapobiec" – Andrzej Romanek, poseł Solidarnej Polski (źródło).

środa, 16 stycznia 2013

Prawica żyjąca kłamstwem


Irytuje mnie niesamowicie kłamstwo. Media kłamią i kreują fałszywą rzeczywistość, politycy kłamią i przeinaczają fakty, nawet ludzie na ulicy, znajomi, rodzina i przyjaciele bawią się kłamstwem, zarówno tym mniejszym, jak i poważnym.

Najbardziej jednak irytuje mnie kłamstwo wypełnione hipokryzją. Kłamstwo ludzi, którym wydaje się, że mówią prawdę, którzy kreują sobie rzeczywistość "my" i "oni" oraz manipulują faktami bądź wymyślają głupoty mające na celu nie tylko utwierdzić ich w przekonaniu, że ich wizja jest jedyną słuszną, ale również by przekonać do siebie innych.

Przykład ogólny: hasło jednego z najbardziej kłamliwych serwisów informacyjnych brzmi "my informujemy - oni kłamią". Ilość żenady i irytacji jaką odczuwam myśląc o tym jest nie do ogarnięcia, szczególnie, że ostatnio zauważyłem, jak jedna "koleżanka" z roku upodobała sobie ten portal spamując Facebook - zmanipulowanymi i nacechowanymi faktopodobnym krzyczącym klimatem - linkami do tamtejszych artykułów. Szkoda, wydawała się sympatyczna.

Dzisiaj oburzył mnie pewien obrazek na Facebooku, udostępniany przez różnego rodzaju środowiska radykalnie prawicowe oraz ich sympatyków i losowe osoby. Oto on:
Jest on wspaniałym przykładem wielowarstwowego kłamstwa i manipulacji, bo:

1) Cytat jest zmanipulowany i źle przetłumaczony. 
Oto oryginał: "These people [leaders of ILP] live almost entirely in a masturbation fantasy, conditioned by the fact that nothing they say or do will ever influence events, nor even the turning-out of a single shell".
ILP to Independent Labour Party, socjaldemokratyczna partia powstała w 1893 roku, jej członkiem był Orwell i w tym cytacie ocenił działania szefów partii.

2) To kolejna próba przeciągnięcie Orwella na prawą stronę.
A Orwell był od zawsze lewicowcem. W eseju "Why i write" z 1946 r., Orwell pisał: "Every line of serious work that I have written since 1936 has been written, directly or indirectly, against totalitarianism and for democratic Socialism, as I understand it." Orwell był do końca swojego życia wierny ideałom lewicy, walczył w Wojnie Domowej w Hiszpanii przeciwko Faszystom, a jego prace są nacechowane wolnościową wizją i przesłaniem.

3) Hipokryzja.
Prawica z miłości do "1984" (sztandarowa praca Orwella) robi dokładnie to, co w tej książce robili przedstawiciele totalitarnej władzy, czyli manipuluje historią, dopasowuje cytaty oraz zmienia fakty dla swojej wygodny, celem propagandy i przekonywania samego siebie, że ma się rację.

Orwell w grobie się przewraca.

Dzisiaj też dowiedziałem się o ciekawej prawackiej propagandzie w której wymyślono dekret Stalina w którym nakazuje on nazywanie "faszystami, nazistami i antysemitami" wszelkich wrogów jego ideologii (dzisiaj określanej mianem Stalinizmu). Cel jest jasny: skoro my nazywamy narodowych radykałów i wszelkie przejawy faszyzmu per... faszyzm, to znaczy, że jesteśmy wrednymi komuchami którzy masturbują się do portretu Stalina.

Problem w tym, że takiego dekretu nigdy nie było, jest to bzdura którą ktoś wymyślił i która rozlała się po Internecie na fali obecnej nieustannej propagandy prawicowej. Parafrazując: "Prawicowość jest czymś w rodzaju fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia."

Bo "kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą" - i mnie to boli. Dlatego weryfikujcie każdą informację i "fakt" jaki znajdziecie w Internecie.