Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2016

Pokémon Go, czyli powrót do czasów dzieciństwa i lek na depresję

O Pokémon Go usłyszałem na krótko przed premierą. Sama koncepcja brzmiała super: zwiedzanie świata i łapanie pokemonów. Kto o czymś takim nie marzył? Aplikacja i jej niezwykła popularność przeszły jednak moje najśmielsze oczekiwania, zmieniając nieco mój sposób spędzania wolnego czasu i przynosząc nieco radości w życiu. Fajnie, nie?

No ale po kolei. Zaczęło się od wyjazdu na weekend do rodziny. Dwaj młodzi kuzyni, z pokemonami nie za dobrze obeznani. Czemu by ich nie wkręcić? Aplikację zainstalowałem właśnie po to. Zresztą i tak spodziewałem się, że może mi się nieco nudzić, bo o ile wieczorne siedzenie przy piwie zaspokaja moje potrzeby, to duszenie się na ogrodzonym terenie w słońcu w dzień - nieco mniej. Połaziliśmy więc po okolicy łapiąc Pokemony i odkrywając nowe funkcje aplikacji. I już wtedy pomyślałem, że "to będzie coś", bo z Igorem, moim najmłodszym kuzynem, spędziłem ponad godzinę spacerując między domami i blokami, rozmawiając i po prostu świetnie się bawiąc. Mogłem go nieco lepiej poznać i nadrobić zaległości. "Podoba mi się, ciekawe czy mam jakieś pokestopy pod domem w Łodzi", pomyślałem.


Okazało się, że pokestopów nie ma. Jest za to gym. Niepozorna kapliczka stojąca obok parkingu okazała się być moim lokalnym centrum pokemonowych pojedynków i walki o teren między trzema frakcjami. Ja wybrałem oczywiście niebieskich, czyli Team Mystic, moja postać została bowiem wykreowana na wzór niebieskowłosej Drobinki, bohaterki mojej przygody w Star Wars: The Old Republic.

I co najlepsze, polowanie na Pokemony okazało się być jedynie dodatkiem do świetnej zabawy przy eksplorowaniu miasta i poznawaniu nowych ludzi. Grupy na Facebooku szybko przerodziły się w spotkania i nowe znajomości. Z jednego z wypadów, podczas którego złapałem wreszcie Pikachu, wróciłem o 9 rano następnego dnia... I bawiłem się wyśmienicie. Tak, wreszcie miałem pretekst żeby ruszyć tyłek z domu. I zrobić to z chęcią oraz przyjemnością! Mało tego, w związku z tym, że od kilku miesięcy poruszam się po mieście na rowerze, jest mi łatwiej docierać w niektóre miejsca, korzystać z rzuconych przez innych graczy przynęt. No i czuję się przy okazji dokładnie jak bohater klasycznej gry na Game Boy albo Ash z pokemonowego anime.

Dużą frajdę daje mi również świadomość, że jestem częścią światowego i popkulturowego fenomenu, który na zawsze wpisze się w historię i bez wątpienia zmieni sposób w jaki spędzamy wolny czas, bawimy się, robimy marketing, myślimy o mediach społecznościowych i o platformie mobile. Dobrego smaku dodaje również fakt, że jest to druga eksplozja popularności Pokémon jaką miałem okazję przeżyć, przez co czuję, że jestem znowu dzieckiem. Z jedną różnicą - korytarz szkolny został zastąpiony przez całe miasto!

Mam nadzieję, że przede mną jeszcze dużo zabawy, nowych rozmów, spotkań i epickich wypraw. W ciągu tych dwóch tygodni poznałem swoją okolicę i wiem już, gdzie w Łodzi znajduje się jaki park. Fajna przygoda i jakoś tak mniej samotnie się na chwilę poczułem :) Marzenia się spełniają, nawet jeśli nie do końca tak, jak by się tego chciało.

wtorek, 21 października 2014

Dziesięć książek które dużo dla mnie znaczą


Paula, moja szanowna koleżanka, wyzwała mnie w Facebook'owym łańcuszku do sporządzenia listy dziesięciu książek które są dla mnie ważne. Jako, że na Facebooku mało rzeczy wrzucam, a lista ta zginęłaby zapewne w odmętach nieskończenie długich tablic moich znajomych, podjąłem decyzję o zamieszczeniu jej tutaj.

Wybrałem dziesięć najważniejszych dla mnie książek, ale zamieszczam też całe cykle książkowe, ponieważ większość takich serii traktuję jako jedną spójną całość, a wybór konkretnego tomu przyprawiłby mnie o niepotrzebne dylematyzowanie i ból głowy. Kolejność nie ma znaczenia.

A więc... do dzieła!

1. Harry Potter - J. K. Rowling
Książki z którymi dorastałem, i które pokazały mi, że czytanie może być fajne. Każdy z tomów czytałem po kilkanaście razy! Po piąty i kolejne stałem o świcie w kolejce do księgarni. Myślę obecnie o powtórnym przeczytaniu całej serii, ale w oryginale po angielsku.

2. Wiedźmin - A. Sapkowski
Po pierwszy zbiór opowiadań sięgnąłem w gimnazjum. Zakochałem się. Drugi tom przeczytałem równie szybko, ale przy Krwi Elfów (pierwszy tom Sagi) zrezygnowałem. Ciężko mi powiedzieć dlaczego, ale wydaje mi się, że dla piętnastoletniego gówniarza taka literatura to zbyt dużo. Tak czy inaczej, do opowiadań, oraz całej Sagi, wróciłem w tym roku, i uważam wszystkie książki za arcydzieła. Kreacja świata, sposób prowadzenia historii, dialogi, postaci - rewelacja. Gdyby zakończenie było inne, nadal sikałbym pod siebie.

3. Zemsta Sithów - M. Stover
Adaptacja trzeciej części Gwiezdnych Wojen, która... przerasta swój pierwowzór. Przejście Anakina Skywalkera na Ciemną Stronę Mocy jest tutaj pokazane w sposób rewelacyjny, a poetyckie i filozoficzne wstawki tworzą z tej pozycji jedną z najbardziej emocjonalnie poruszających (przez tydzień nie mogłem się otrząsnąć!) jakie czytałem. Oglądanie Zemsty Sithów potem nigdy już nie było takie samo...

4. Rok 1984 - G. Orwell
Rewelacyjnie napisana, i bardzo przygnębiająca opowieść osadzona w świecie, w którym totalitarny system polityczny kontroluje każdy aspekt życia jego obywateli, włącznie z absurdalną manipulacją historią, i brutalnym pacyfikowaniem nieposłusznych. Bardzo mi było smutno kiedy ją czytałem, szczególnie, że wizja nie jest wcale aż tak oderwana od rzeczywistości (patrz: Korea Północna).

5. Zew Cthulhu - H. P. Lovecraft
Zbiór opowiadań grozy, który przeczytałem mniej więcej w czasach gimnazjum, i który kompletnie zawładnął moją wyobraźnią. Historie te są niesamowicie napisane, wywołują uczucie niepokoju, i zaskakują na każdym kroku. Dużo czasu minęło odkąd czytałem tę książkę po raz ostatni, ale ochota na sięgnięcie po nią ponownie rośnie z każdym dniem.

6. Zdrajca - M. Stover
Książka która zaskakuje bardziej niż uderzenie młotkiem przez naćpanego żula podczas porannego prysznicu. Książka ta jest częścią długiego, kilkunastotomowego cyklu Nowa Era Jedi, ale wysuwa się na przód jako najmroczniejsza, najbardziej szokująca i najbardziej wypełniona filozofią Mocy. Zawiera w sobie również najmocniejszą i najbardziej heroiczną scenę śmierci w historii całego EU Star Wars, oraz wprowadza postać której przedziwna i pokręcona filozofia rozumienia Mocy rzuca mrok na przyszłość całego uniwersum.

7. Życie i czasy Sknerusa McKwacza - D. Rosa
Rewelacyjny komiks, który musiał znaleźć się na tej liście, mimo, że nie jest do końca książką. Jest to długa opowieść o wujku Kaczora Donalda, Sknerusie. Śledzimy jego losy od czasów jego młodości w Londynie, aż po "współczesny" obraz zniszczonego przez doświadczenia starca. Klasyczny American Dream iści się tutaj w rewelacyjnych przygodach, przezabawnych sytuacjach, i smutnych momentach, a kreska, i wypełnione szczegółami kadry można podziwiać godzinami.

8. Bóg urojony - R. Dawkins
Książka, która przekonała mnie do tego, że porzucenie wiary katolickiej i nazwanie się ateistą nie jest niczym złym, wstydliwym, czy niepoprawnym. W sensowny, podparty bogatą argumentacją, zabawny i bystry sposób autor prowadzi nas przez różne kwestie związane z religią, głównie chrześcijańską, i pokazuje, że bóg jest faktycznie urojeniem, a określenie "ateista" brzmi dumnie.

9. Darth Plagueis - J. Luceno
Książka, która w rewelacyjny sposób splata ze sobą różne okresy historyczne uniwersum Gwiezdnych Wojen, oraz wyjaśnia skomplikowany polityczny schemat który doprowadził do upadku Republiki i narodzin Imperium. Rewelacyjnie się to czyta, a ilość nawiązań do szerszego EU niesamowicie bawi. Więcej: tutaj.

10. Wojna zombie - M. Brooks
Niezwykle wciągająca i przerażająca wizja świata pogrążonego w apokalipsie zombie, która zabiera nas w najróżniejsze zakątki Ziemi (i nie tylko), pokazując w jaki sposób z wirusem zmieniającym ludzi w krwiożercze trupy radziły sobie różne państwa i różni ludzie. Gratka dla fana klimatów postapokaliptycznych, zombie i polityki światowej.

I to wszystko. Dziesięć pozycji, z których wybraniem nie miałem żadnych problemów. Liczyć mogę tylko na to, że jeszcze jakaś książka (lub seria książek) tak mnie zaskoczy, że będę mógł pokusić się o dylemat "co też stąd wyrzucić".

wtorek, 20 maja 2014

Rozmyślania na temat systemu demokratycznego


Już w tę niedzielę wybory.

I mam z nimi problem taki sam jak z każdymi wyborami, nie ważne czy samorządowymi, prezydenckimi czy europejskimi. Głównym powodem jest fakt, że jako anarchopacyfista nie wierzę w skuteczność systemu demokracji przedstawicielskiej i bliżej mi do idei demokracji bezpośredniej, organizacji oddolnej, instytucji zdecentralizowanych. Mam więc dylemat natury moralnej - brać udział w mechanizmach systemowych które poddaję krytyce, czy nie?

Z drugiej strony mój anarchizm jest już mocno "stłamszony" przez obserwację realnej rzeczywistości. Moja wiara w społeczeństwo i jego zdolność do świadomych, uczciwych i pokojowych zachowań właściwie nie istnieje, a kierunek studiów które wybrałem pozwolił mi głębiej zanurzyć się w fakty prawne, oraz poznać bliżej mechanizmy które kierują systemem politycznym nie tylko naszego kraju, ale też Unii Europejskiej i - właściwie w głównej mierze właśnie - świata.

Trochę więc pogodziłem się z faktem życia w systemie demokracji przedstawicielskiej, chociaż ilekroć obserwuję kampanie wyborcze i ten populistyczny cyrk na uśmiechy oraz sławne nazwiska, tylekroć załamuję ręce nad beznadziejnością i brakiem sensu takiego systemu. Ale czy jest jakaś inna opcja, która dawała by ludziom szerokie możliwości posiadania wpływu na politykę, przy zachowaniu pewnego "porządku"? To straszne, ale właśnie w taki sposób uderzyłem we własne poglądy anarchistyczne...

Stąd też postanowiłem już jakiś czas temu, że anarchopacyfizm - jego podstawowe, wolnościowe i prospołeczne, założenia - zachowuję w sercu, natomiast w głowie kieruję się bardziej "przyziemnymi" ideami, związane głównie z szeroko pojętą lewicą, czyli bardzo liberalnym podejściem do spraw społecznych, oraz socjalistycznym i antykapitalistycznym spojrzeniem na kwestie gospodarcze.

Tylko teraz dochodzimy do kolejnych kwestii - próbę zmuszenia siebie samego do głosowania na partie polityczne, które chociaż może są blisko moich "przyziemnych" poglądów, to i tak nie reprezentują w pełni tego co myślę. Do tego fakt, że podczas kampanii wyborczych posługują się oni populistycznymi rozwiązaniami absolutnie zniechęca mnie do zakreślania kwadracików przy nazwiskach określonych list.

Przykład? Mógłbym głosować na SLD-UP, ponieważ są reprezentują oni liberalne spojrzenie na kwestie społeczne, oraz socjaldemokratyczne na sprawy gospodarcze, a sama Unia Pracy jest chyba najbardziej lewicową i pro-pracowniczą partią na polskiej scenie politycznej (głosowałem już kiedyś na nich), ale nie mogę się przemóc, żeby zagłosować na listę, na której jedynką jest celebrytka Weronika Marczuk (która na bliboardach oprócz swojej zadbanej buzi nie prezentuje żadnych merytorycznych haseł), mimo, że na drugiej pozycji znajduje się inteligentny i wykształcony nauczyciel akademicki, którego teoretycznie mógłbym poprzeć. Teoretycznie, bo jednocześnie poparłbym wtedy "jedynkę".

Na szczęście w Łodzi z list Komitetu Wyborczego Demokracja Bezpośrednia (brzmi nieźle) startują członkowie Polskiej Partii Piratów (jeszcze lepiej), więc to na nich oddam swój głos. Niestety będzie to w praktyce głos zmarnowany, gdyż nie zapowiada się, aby cieszyli się oni dużym poparciem, tak więc szanse na wejście przedstawicieli tego Komitetu do Europarlamentu są żadne. Taki niestety jest nasz system, w którym wygrywają piękne buzie mające zaplecze i pieniądze na liczne spoty i bliboardy, a sensowne programy polityczne obchodzą tylko bardzo nieliczną mniejszość głosujących.

I faktycznie smuci mnie fakt, że właściwie zdecydowaną większość naszego społeczeństwa wybory nie obchodzą (wg. sondaży wybory te mają mieć najniższą frekwencję w historii). Z drugiej chciałoby się wierzyć, że zagłosują chyba ci zainteresowani tematem polityki, czyli... teoretycznie, świadomi tego na kogo głosują. Ale czy demokracja w przedstawicielska, w której wybierani politycy mają tak niski poziom legitymizacji władzy, jest dobrym systemem? No i czy frekwencja i zainteresowanie społeczeństwa wyborami byłyby większe w systemie demokracji bezpośredniej, czyli takiej opartej na partycypacji i wyborach?

Nie jestem zwolennikiem wprowadzania kar za nie chodzenie na wybory - co jest popularne w niektórych krajach Europy zachodniej, gdzie często za brak uczestnictwa płaci się kilkaset euro kary -  i faktycznie jestem świadomy tego, że w systemach politycznych które posiadają pewne elementy demokracji bezpośredniej - jak w Szwajcarii - ludzie są bardziej zainteresowani procesem rządzenia. Jest to spowodowane głównie tym, że kwestie które są poddawane pod referenda są żywo dyskutowane w mediach, więc ludziom ciężko jest uniknąć debaty publicznej, jednak mimo wszystko nie można być specjalistą od wszystkiego, i ludzie głosują na podstawie tego co mówią "autorytety" i "specjaliści", często bezmyślnie. A to już abstrahując od tego, o czym - i jak - się u nas w mediach mówi.

Nie jest też tak, że większość - która rządzi we wszelkich formach demokratycznych - ma zawsze rację. Potrzebne są zasady które zapewnią mniejszościom prawa do decydowania o sobie, ale po raz kolejny są na to jedynie dwa sposoby: albo ludzie (wszyscy) będą wierzyć w takie idee (anarchizm), albo wprowadzone zostaną odgórnie mechanizmy mające na celu zagwarantowanie mniejszościom określonych praw. Znowu, w praktyce, raczej mało popularne są partie które chciałyby w radykalny sposób tłamsić różne grupy ludzi (czyli dobrze), ale w teorii mogą one kiedyś dojść do władzy, co się zdarza chociażby przy okazji kryzysów ekonomicznych (przykład: Hitler i NSDAP).

Więc znów, w teorii, demokracja przedstawicielska jest na tyle elastyczna, że w wyborach do Europarlamentu są partie eurosceptyczne chcące obalenia Unii Europejskiej, więc system sam w sobie jest zdolny do transformacji. Często jednak, w praktyce, ludzie głoszący wzniosłe - radykalne czy nie - idee po dojściu do władzy niekoniecznie kierują się hasłami wyborczymi i interesem ludzi którzy na nich głosowali. Ba, to wręcz jeden z charakterystycznych elementów demokracji przedstawicielskiej - politycy myślą o ludziach (nie zawsze, ale najczęściej) jedynie przy okazji wyborów, po czym biorą pensję za nierzetelną pracę. Dlatego potrzebne są mechanizmy które umożliwiłyby odwoływanie deputowanych.

To też nie jest domena demokracji przedstawicielskich, że politycy po dojściu do władzy zapominają o wyborcach. Mówi się, że władza deprawuje, i coś faktycznie w tym jest. Stąd słabością anarchizmu jest fakt, że zawsze mogą pojawić się jednostki chcące więcej dla siebie - chciwość to naturalna wada człowieka. Przykładem mogą być komuniści w Rosji, którzy doszli do władzy w wyniku rewolucji, ale zamiast wprowadzać idee komunizmu w życie, zrobili z kraju twór totalitarny, nie różniący się zbytnio od faszyzmu.

Mógłbym teraz wysunąć wniosek, że nie powinniśmy poddawać krytyce systemów politycznych, ale ludzi i ich naturę. Byłoby to jednak dość pesymistyczne i absolutnie zaprzeczałoby mojej wierze (marzeniu?) w to, że kiedyś - w sposób naturalny, ewolucyjny - na świecie zapanuje anarchizm i pokój między wolnymi jednostkami. Jestem więc pełen sprzeczności i wewnętrznej walki. Poddawanie w wątpliwość własnych idei jest jednak chyba dobre i świadczy o inteligencji, tak więc chciałbym, żeby więcej ludzi - a tym bardziej polityków - było w stanie poddawać swoje poglądy krytyce.

Ten temat to temat rzeka. Abstrahując już od samych kwestii systemowych, pozostaje ta związana z poglądami partii które kandydują w nadchodzących wyborach. Nie jest jednak zamienić tego posta w krytykę prawicy, konserwatyzmu i eurosceptycyzmu, wchodzić w szczegóły związane w zasady funkcjonowania Unii Europejskiej, ani atakować poszczególnych partii i polityków z którymi się nie zgadzam i raczej na pewno nigdy nie zgodzę. Właściwie właśnie chciałem pisać o wyborach do Europarlamentu i na tym się skupić, ale przemyślenia na temat systemu demokratycznego jakoś we mnie tkwiły i same z siebie wypłynęło, więc niech tak też pozostanie :)

niedziela, 18 maja 2014

Filmowe podsumowanie 2013 roku


Idąc za zestawieniem które zrobiłem w 2012 roku, przygotowałem listę najlepszych - moim zdaniem - filmów roku ubiegłego, czyli tego oznaczonego liczbą 2013. I nie był to zły rok - obejrzałem 65 produkcji które miały wtedy swoją premierę, z czego dwie dostały "dziesiątkę", a siedem - "dziewiątkę". To właśnie te dziewięć filmów zamieszczę na tej liście. Średnia ocen wszystkich produkcji z 2013 roku które oceniłem wyniosła 6.86.


1. Gravity
Wizualna orgia, której ciężko nazwać filmem. Gravity to "doświadczenie", przygoda, która nie pozwala na chwilę nudy i niejednokrotnie potrafi wzruszyć. Nie wiem jeszcze jak odbiorę ten film w 2D, ponieważ widziałem go tylko raz w IMAX, ale nawet gdyby pozbawić go wszelkich fajerwerków związanych z fantastyczną trójwymiarowością, nadal pozostaje świetna gra aktorska Sandry Bullock, oraz trzymająca w napięciu fabuła. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego, "realistycznego" filmu akcji o kosmosie. No i te perfekcyjne długie ujęcia (które uwielbiam!)...


2. Upstream Color
Film, który podczas samego oglądania wywoływał u mnie jedynie znużenie i ciągłe rozmyślanie: "o co tutaj, kurwa, chodzi". Po skończeniu pozostawia jednak emocjonalne rozbicie i szczękę w podłodze. Nie jest to na pewno kino dla każdego. Jest ono pełne symboli, ambientowej muzyki, długich scen teoretycznie nie mających sensu, ale kiedy poznamy całą historię, oraz przeczytamy wyjaśnienie reżysera (który zaprezentował nam tutaj dość interesującą teorię o tym "jak działa życie", i który jednocześnie ten film wyprodukował, a także napisał scenariusz i muzykę!), to zrozumiemy, jak idealna jest to produkcja.


3. Thor: The Dark World
Druga część przygód Thora podobała mi się o wiele bardziej niż pierwsza. Jest to rewelacyjna spece opera fantasy z elementami science fiction, czego więc chcieć więcej? Wszystko tutaj do siebie pasuje, audiowizualnie jest na najwyższym poziomie, a humorem dorównuje The Avengers. Takie kino o superbohaterach lubię!


4. Oblivion
Film, który przy pierwszym seansie w kinie nie wywołał u mnie aż tak pozytywnej opinii, ale przy drugim i trzecim obejrzeniu nie pozwolił na nic innego, jak tylko na zakochanie się w tym co sobą prezentuje: klasyczny i dobrze przemyślany scenariusz science fiction, piękne widoki, fantastyczną muzykę M83 i genialne dialogi. Sam film dodatkowo w kilku miejscach zaskakuje, do tego wzrusza i nie pozwala się nudzić. Naprawdę rewelacyjne kino science fiction.


5. Stoker
Wyjątkowy i jakże wspaniały film! Chciałbym więcej produkcji tego typu. Produkcji magicznych, wciągających, zaskakujących, oryginalnych, z ciężkim klimatem i nietypowymi relacjami między głównymi bohaterami. Jest też na co popatrzeć - Mia Wasikowska jest piękna, i gra świetnie. No i ta scena pod prysznicem... zaskakująca, szokująca, unikatowa!


6. Frozen
Animacja Disney'a z masą świetnych piosenek i przyjemnym, zimnym klimatem. Bawi, wzrusza, uczy - ma wszystko czego można oczekiwać od tej wytwórni. Bardzo fajne główne bohaterki i ciekawi bohaterowi poboczni to na pewno najmocniejszy atut tego filmu.


7. World War Z
Dwie godziny ciarek i zajebistego kina post-apokaliptycznego. Jasne, film nie trzyma się wiernie wizji Brooksa, przez co nie wybrałem się na niego do kina (bojkotowałem film od momentu zobaczenia szybkich zombie na trailerze), ale po seansie w domu kompletnie zmieniłem zdanie. Twórcy bawili się świetnie konwencją, a sam film ma w sobie elementy które pozwoliły mi pokochać książki Brooksa, z nastawieniem na "umiędzynarodowienie" apokalipsy z zombie na czele. Film też zawiera w sobie najlepszą scenę śmierci w historii kina!


8. Rush
Film który można oglądać na bezdechu. Wciąga, wywołuje ciarki i trzyma w napięciu. Do tego świetna muzyka i interesujący główni bohaterowie. Dodatkowego smaku dodaje fakt, że jest to film oparty na faktach, dzięki czemu bardziej wczuwamy się w "konflikt" między rajdowcami.


9. La Migliore offerta
Film który emocjonalnie dobija, wzrusza i skłania do refleksji. Fabuła jest naprawdę ciekawa i oryginalna, wywołuje chęć dowiedzenia się co będzie dalej, a do tego klimat i świetne wykonanie, przez co chciałoby się, aby nigdy film się nie kończył. A niestety musi. I to jak.

środa, 12 lutego 2014

Filmy które kocham - Część I


Z racji zakończonej sesji, nadmiaru wolnego czasu, oraz weny do pisania czegoś innego, rozpoczynam mini-cykl w którym przedstawię filmy które najmocniej podbiły moje serce. Postanowiłem, że podzielę to na części - na pewno łatwiej mi będzie napisać parę zdań o kilku filmach, niż od razu zabierać się za zanalizowanie 38 (dokładnie tyle ma u mnie na Filmweb ocenę 10/10). Zacznę od filmów które widziałem niedawno i stopniowo przejdę coraz dalej w przeszłość mojej historii ocen. Do dzieła!


Upstream Color (2013) 
To jeden z tych filmów, na które trafia się zupełnym przypadkiem i które nie zapowiadają się jakoś fantastycznie... po czym wstrząsają emocjonalnie i nie dają o sobie zapomnieć na długo. I właściwie przez większość czasu spędzonego przy tej produkcji zastanawiałem się "co to za badziew" i "o co tu chodzi", jednak ostatecznie obraz ten mnie wzruszył i przetrzepał psychicznie. Pełen symboliki i metafor film który nie wystarczy obejrzeć raz, a który albo się pokocha, albo znienawidzi. Na uwagę zasługuje również świetna muzyka ambientowa, oraz fakt, że skomponował ją ten sam człowiek który gra główną rolę, napisał scenariusz, wyreżyserował i wyprodukował całą produkcję. Ba, również odpowiada za niezależną jego dystrybucję... Podczas oglądania polecam też trochę myśleć i otworzyć na nietypowe przeżycia.


Gravity (2013)
Produkcja sci-fi która dostarcza niesamowitych doznań, szczególnie oglądana w IMAX. Dwie godziny na bezdechu - w przenośni i praktyce. Piękne zdjęcia, długie ujęcia (które uwielbiam!), fantastyczna gra aktorska Sandry Bullock i pełna zawrotnej akcji fabuła. Dzięki połączeniu tych wielu elementów otrzymujemy arcydzieło kina sci-fi, o którym na pewno będzie się mówić jeszcze przez wiele lat. Film otrzymał masę nominacji do Oscara i mam nadzieję, że zgarnie większość z nich - w pełni na to zasługuje.


Karigurashi no Arrietty (2010)
Czyli "Tajemniczy świat Arrietty", produkcja Studia Ghibli Hayao Miyazakiego, najbardziej uroczy film jaki widziałem w całym moim życiu. Historia miniaturowej dziewczynki zamieszkującej piwnicę pewnego domu jest piękna, ciepła i wzruszająca. Arrietty to chyba najsłodsza bohaterka w historii kina! Film jest świetnie zrealizowany i przemyślany, muzyka jest fantastyczna, a historia wzrusza i nie daje o sobie zapomnieć na bardzo długo. Coś pięknego!


Cloud Atlas (2012)
Najbardziej niedoceniony i niezrozumiany film ostatnich lat. To idealna produkcja która dostarczy nie tylko świetnej rozrywki osadzonej w różnych momentach historii naszego świata, ale też skłoni do refleksji (przynajmniej tych co myślą). To jest najpiękniejszy film o wolności jak widziałem. Film, który eksploruje i przedstawia wiele przeróżnych form zniewolenia (od tego o podłożu rasistowskim, przez niewolę społeczną i kulturową, po ponurą wizję państwa totalitarnego), krytykując jego podłoże i prezentując nam silnych bohaterów którzy mają odwagę aby się przeciwstawić niesprawiedliwości i postawie konserwatywnej. Cudo artystyczne i wizualne, perfekcyjna gra aktorska (motyw aktorów grających różne role jest genialny) i mądre przesłanie stawia ten film w czołówce tych najlepszych.


The Avengers (2012)
Ten film to idealne połączenie komedii i kina akcji science fiction, a do tego genialny crossover do którego zmierzaliśmy przez wiele lepszych i gorszych filmów. Superbohaterowie których mieliśmy wcześniej okazję poznać łączą siły w walce o przyszłość Ziemi - robią to w sposób widowiskowy i przezabawny, stąd tak wysoka ocena. Wyżyny współczesnego kina rozrywkowego.


Perfect Sense (2011)
Tak jak w przypadku Upstream Color, jest to film po którym zupełnie nie spodziewałem się takiego poziomu artystycznego. Jest to jedna z tych produkcji, które dosłownie rozwalają emocjonalnie - tak mocno płakałem chyba tylko na finale Listy Schindlera. Piękna historia miłosna okraszona apokaliptycznym science fiction, bosko zagrana przez piękną Evę Green i genialnego Ewana McGregora. Muzyka jest piękna i wzrusza sama w sobie, a w połączeniu z obrazem po prostu zgniata serce. Arcydzieło.


Sześć filmów z nami, pozostały 32 - mam nadzieję, że przed powstaniem drugiej części ta liczba wzrośnie, bo nie ma nic lepszego niż film chwytający za serce bądź zachwycający umysł.

czwartek, 19 grudnia 2013

Kolekcja Star Wars - grudzień 2013


Prawie równo rok temu wrzuciłem na bloga zdjęcia swojej kolekcji Star Wars. Co ciekawe, było to dokładnie 18 grudnia, dnia który jest datą premiery Episode VII w 2015 roku... Przypadek? :)

Kolekcja wzbogaciła się o sporo książek, nie tylko tych fabularnych, ale również encyklopedycznych (jak chociażby SWTOR Encyclopedia, Essential Reader's Companion czy Making of Star Wars: Revenge of the Sith). Jeśli chodzi o gadżety, to nie licząc Jainy Solo (firmy Kotobuky'a) o której już na blogu pisałem, wzbogaciłem kolekcję o całą masę (licencjonowanych) koszulek Star Wars, ulubiony dzisiaj wybór prezentowy mojej rodziny.

Przyznam, że to rok obfity również w kolekcję związaną z The Old Republic. Mowa oczywiście o całej masie wirtualnych nabytków i achievementów, ale nie będę poświęcał temu miejsca w tym wpisie.

Oto zdjęcia (opcjonalnie -> na imgur):






Jakie plany? Jak widzicie, półka na książki się skończyła, a planuję niedługo nadrobić zaległości wydanych niedawno na polskim rynku pozycji. Co zrobić? Prawdopodobnie przeniosę całą zawartość Półki Filmowej (Maska Vadera, figurki Anakina, wydania DVD i Blu-Ray oraz Jaina Solo) na górę obok komiksów, a stamtąd figurki, książki i VHS przerzucę na prawo, na którąś z tych dość kiepsko (merytorycznie) zagospodarowanych. Kto wie, może też przeniosę część tych pierdół z półek na górze na tę po lewej z modelem Venatora - niestety ta półka jest niewidoczna po wejściu do pokoju, ponieważ znajduje się za drzwiami które ją zakrywają gdy są otwarte.

Na koniec, bonusowo, zdjęcia mojej kolekcji z listopada 2008 roku. Możecie zobaczyć jak bardzo się ona rozrosła i zmieniła. Mam nadzieję, że przy okazji nowych filmów i kolejnego boomu na Star Wars uda mi się ją powiększyć jeszcze bardziej!

sobota, 10 sierpnia 2013

Star Wars Episode VII - być spoiler-free czy nie?


Nienawidzę spoilerów. Jedna informacja dotycząca przyszłości jakiegoś serialowego bohatera potrafi mnie nieźle zdenerwować, włącznie z chęcią rezygnacji z dalszego oglądania. Tak samo z filmami - lubię nie wiedzieć za dużo, czuć zaskoczenie i dać się pochłonąć fabule bez wiedzy o żadnych kluczowych jej elementach. Uważam nawet, że dzisiaj trailery są zbyt długie i często za bardzo opowiadają o treści filmu. Często oglądamy jakiś film, którego fabuła w większości została nam już podana na talerzu w zwiastunie, a sam film jest poszerzeniem historii i potwierdzeniem tego co już wiemy - nie jest to przyjemne. Nie jest przyjemne również to co robią wydawcy książek. Często czytając opis powieści zamieszczony na tylnej okładce, dowiadujemy się treści POŁOWY (jeśli nie więcej!) książki. Jest to żenujące i nauczyło mnie, żeby nigdy tam nie zaglądać przed skończeniem czytania.

Podobnie jest z każdym medium - z książkami, z komiksami, z grami. Lubię wiedzieć jak najmniej. Dlatego przy okazji premiery Epizodu VII nasuwa się pytanie - co zrobić ze spoilerami? Nigdy do tej pory nie miałem okazji do tak bliskiego "czuwania" przy produkcji Star Wars. Przy okazji Prequeli byłem za młody, to raz, a dwa: nie miałem dostępu do Internetu. Teraz natomiast mogę na bieżąco śledzić wszelkie newsy, zdjęcia z planu, zapowiedzi, przecieki, wywiady, i spędzać setki godzin na spekulacjach na forach fanów Star Wars.

Żeby być spoiler-free musiałbym całkowicie odciąć się od tej części Internetu, w której spędzam najwięcej czasu, a mimo to, ciągle istnieje ryzyko, że ktoś mi poda spoiler w innych miejscach. Ryzyko jest gigantyczne, bo w 2014 i (szczególnie) 2015 roku Episode VII będzie WSZĘDZIE - w telewizji, w prasie, na ulicy, w radiu, w sklepach, w każdym zakątku Internetu! Skąd mam mieć pewność, że nie przeczytam gdzieś za dużo, nie zajrzę w komentarzach za daleko, jakiś kretyn nie wrzuci czegoś na walla na Facebooku (musiałbym odlajkować wszystkie strony SW), czy nie zobaczę jakieś rozmowy o VII na chacie w The Old Republic? Nie mam, jest więc ryzyko, którego nie wyeliminuję dopóki nie zamknę się w jaskini aby żyć jak pustelnik.

Mimo przyjemności z niewiedzy, trzeba wziąć pod uwagę, że Star Wars to coś innego niż jakiś tam serial czy książka. Mam okazję uczestniczyć w wielkim czuwaniu związanym z wygrzebywaniem wszelkich newsów, zdjęć, wywiadów i przecieków oraz wielogodzinnej spekulacji na forach, składania pojedynczych elementów w całość. Pewnie, nie chciałbym przeczytać nowelizacji przed premierą filmu, nie chciałbym też znać pewnych KLUCZOWYCH dla fabuły elementów (które zapewne nie wyciekną zanim nowelizacja/film nie trafi do księgarń/kin), ale wiedziałbym dużo.

Spoilery na pewno nie zmienią tego czy film jest dobry czy zły, mogą nawet nie do końca wpłynąć na jego odbiór - przecież za każdym razem kiedy oglądam któryś Epizod, to jest zajebiście. Podobnie z kolejnym przeczytaniem ulubionej książki czy zagraniem w ulubioną grę. Fakt, to uczucie kiedy pierwszy raz widziałem III było niezwykłe, ale przecież wiedziałem, że Anakin przejdzie na Ciemną Stronę i spłonie w lawie! Wszystko było jasne, nie wiedziałem tylko jak film będzie skonstruowany, jak aktorzy dadzą sobie radę, jaki będzie montaż, muzyka, scenografia, jak to wszystko będzie razem grało jako jedna wielka epicka całość i podróż do Odległej Galaktyki. Warto też wspomnieć, że zdecydowanie bardziej przeżyłem przeczytanie nowelizacji Zemsty Sithów niż sam film, co wskazuje, że nie tylko istotne jest CO opowiada historia, ale JAK.

Istnieją nawet ciekawe badania które wskazują, że spoilery zwiększają przyjemność z odbioru historii. Można przeczytać o tym TUTAJ. Z niektórymi tezami można się zgodzić - ze spoilerem łatwiej jest zagłębić się w daną przygodę i ją zrozumieć, zwracając uwagę na małe szczegóły. To działa kiedy czytamy wielokrotnie ulubioną książkę czy oglądamy film: mimo znajomości treści, czerpiemy z jej przeżywania na nowo dużą przyjemność, czasami nawet większą niż wcześniej. Oczywiście z niektórymi tezami mógłbym dyskutować - na pewno w niektórych historiach ten element zaskoczenia jest KLUCZOWY dla historii (Fight Club, Szósty Zmysł, Truman Show) i lepiej dać się zaskoczyć podczas oglądania filmu, niż czytając niepotrzebny artykuł.

Nie uniknę spoilerów, nie ważne jak bardzo bym chciał. Mogę za to uniknąć gigantycznej irytacji, gdybym na taki natrafił. Bo czy odbiór filmu nie byłby lepszy, gdybym znał jego niektóre elementy z własnej woli, a nie z woli przypadku? Dodatkowo, nie bycie spoiler-free umożliwia mi kontakt z innymi fanami oczekującymi na nowy film. Z tego co czytam na forach, te miesiące przed premierami prequeli były w Sieci dla nich niezwykłym doświadczeniem, pełnym rozbudowanych dyskusji, debat i spekulacji, często w oparciu o nieprawdziwe informacje czy zdeformowane pogłoski. To na pewno będzie niezwykłe doświadczenie.

Nie będę więc spoiler-free. Mimo chęci obejrzenia Episode VII bez żadnej wiedzy o nim, nie mógłbym powstrzymać CIEKAWOŚCI i chęci dzielenia się nią z innymi, a zagrożenie wpadnięcia na spoiler jest zbyt duże. Pochłonę więc większość jak gąbka, a potem pójdę na Episode VII z otwartym sercem pełnym ciekawości, czy Star Wars to tylko 1977-2012 czy może wkroczymy w nową Złotą Erę? Byłoby świetnie.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rodzina Soulwaker - Legacy 50


W ten weekend moje Legacy z dumą otrzymało tytuł Living Legend - po ok. 1800 godzinach gry, udało mi się dotrzeć do 50 poziomu Legacy. To jedno z najważniejszych osiągnięć gry, jestem więc z tego powodu bardzo dumny. Niedługo również skończę storyline Przemytnika, ostatniej historii klasowej po stronie Republiki (później czekają na mnie II i III rozdział Sith Warriora oraz wszystkie rozdziały Bounty Huntera).



Gratulacje dla Drobinki, która miała zaszczyt zdobycia tego tytułu!

środa, 6 marca 2013

M83 - StarWaves


Przypadki się zdarzają, czasami dość komiczne, a czasem wywołujące istną zadumę nad tym, że może coś za te sznurki pociąga... Tak czy inaczej, dzisiaj wpadłem w taką zadumę nad potęgą Mocy, dzięki wejściu w Google, wpisanie frazy "Oblivion M83", zaznaczenie opcji "ostatnie 24 godziny" i kliknięciu SZUKAJ. Dlaczego to zrobiłem? Już wyjaśniam.

Jestem wielkim fanem francuskiego zespołu M83 (obecnie projektu solowego*, no i bardziej amerykańskiego niż francuskiego**), który wydał kilka bardzo różnorodnych albumów, dotykając przeróżnych gatunków muzycznych, głównie epickiego elektro, ambientu, post-rocka, hipnotyzujących ścian dźwięku i hałasu gitar oraz perkusji, czasem trochę bardziej popu w klimatach lat 80., dotykając nawet muzyki klasycznej.

Nadchodzący album M83 to soundtrack do filmu Oblivion, filmu twórcy TRON: Legacy którego muzykę komponował Daft Punk. Sam Kosinski twierdził, że tworząc komiks (którego adaptacją jest film), czerpał inspiracje słuchając właśnie M83 i jego epickiego albumu "Before the Dawn Heals Us". Album ten jest bardzo "filmowy" i właśnie liczę na to, że w takich klimatach (za które kocham M83) będzie utrzymane score do tego filmu.

Tak czy inaczej, skoro jestem wielkim fanem (i to jedyny zespół który tak naprawdę KOCHAM), to śledzę i czekam na nowy album, którego premiera powinna się odbyć WKRÓTCE (premiera filmu za miesiąc). Czy często wbijam tę frazę w Google? Co kilka dni. Nawet od grudnia nie słucham M83, na last.fm zatrzymałem się na 4999 utworach czekając na ten przełomowy pięciotysięczny właśnie na soundtrack. To było jak odwyk, jak zmuszanie się do cierpienia, do katuszy w tęsknocie za ukochaną muzyką...

No i wpisałem tę frazę nie licząc na to, że coś znajdę, a.... Natrafiłem na artykuł ze strony Rolling Stone Music, artykuł który pojawił się "10 minut temu", artykuł który zawierał w sobie ekskluzywny pierwszy utwór z płyty z muzyką do Oblivion... StarWaves.

Utrzymany w klasycznym klimacie M83 utwór to powrót do epickiego i rozwlekłego filmowego ambientu znanego z drugiej i trzeciej płyty  - przykładowo "Lower Your Eyelids to Die With the Sun" - z elementami muzyki orkiestrowej rodem z "Outro" z Hurry Up, We're Dreaming. Utwór kończy dość spokojny chór, zapowiadający jednak niesamowity rozmach płyty i klimat który kocham. Zresztą, wystarczy posłuchać.

Premiera: 9 kwietnia!
No dobra, ale wracając do przypadków, to mamy już jeden - tchnięty dziwnym przeczuciem natrafiłem na dopiero co opublikowany długo oczekiwany teaser jeszcze dłużej oczekiwanego albumu - to teraz przejdźmy do drugiego.

Jestem również wielkim fanem Röyksopp, norweskiego duetu tworzącego muzykę elektroniczną. Zapowiedzieli oni niedawno nowy album, wydając jednocześnie nowy utwór "Running to the Sea". Utwór w którym się zakochałem od pierwszego przesłuchania, nie tylko dlatego, że był on wspaniały pod względem muzyki, ale również dlatego, że bardzo spodobał mi się niesamowicie głos Susanne Sundfør (uwielbiam kobiece głosy w muzyce elektronicznej, ostatnio szaleję za CHVRCHES i ich wokalistką).

No, a Susanne Sundfør ma śpiewać dla M83 w nadchodzącym albumie...

Kończąc wpis przyznam i zapowiadam, że na film nie czekam aż tak jak na soundtrack. Pewnie, że świetnie byłoby, gdyby obraz był godny M83, a film wpisał się w kategorii ulubionych, ale nie będę zawiedziony, jeśli będzie średni albo po prostu kiepski. Ja chcę po prostu nową muzykę M83...


*Zespół zaczynał jako duet - Anthony Gonzalez oraz Nicolas Fromageau - ale po wydaniu drugiego krążka jeden z członków grupy - Nicolas - odszedł, rozpoczynając swoją własną karierę. Anthony "korzysta" jednak z pomocy różnych muzyków, np. wokalistki Morgan Kibby.
**M83 narodziło się w Antibes, we Francji, ale Anthony po wydaniu przedostatniego albumu przeniósł się do Los Angeles, głównie dlatego, że kocha Stany, ale również potrzebował nowych inspiracji (gwiaździste niebo nad amerykańskim stepem - w takich warunkach Anthony tworzył muzykę do ostatniego albumu...) oraz liczył na wejście w biznes filmowy, o czym marzył zanim jeszcze narodziło się M83.

środa, 16 stycznia 2013

Prawica żyjąca kłamstwem


Irytuje mnie niesamowicie kłamstwo. Media kłamią i kreują fałszywą rzeczywistość, politycy kłamią i przeinaczają fakty, nawet ludzie na ulicy, znajomi, rodzina i przyjaciele bawią się kłamstwem, zarówno tym mniejszym, jak i poważnym.

Najbardziej jednak irytuje mnie kłamstwo wypełnione hipokryzją. Kłamstwo ludzi, którym wydaje się, że mówią prawdę, którzy kreują sobie rzeczywistość "my" i "oni" oraz manipulują faktami bądź wymyślają głupoty mające na celu nie tylko utwierdzić ich w przekonaniu, że ich wizja jest jedyną słuszną, ale również by przekonać do siebie innych.

Przykład ogólny: hasło jednego z najbardziej kłamliwych serwisów informacyjnych brzmi "my informujemy - oni kłamią". Ilość żenady i irytacji jaką odczuwam myśląc o tym jest nie do ogarnięcia, szczególnie, że ostatnio zauważyłem, jak jedna "koleżanka" z roku upodobała sobie ten portal spamując Facebook - zmanipulowanymi i nacechowanymi faktopodobnym krzyczącym klimatem - linkami do tamtejszych artykułów. Szkoda, wydawała się sympatyczna.

Dzisiaj oburzył mnie pewien obrazek na Facebooku, udostępniany przez różnego rodzaju środowiska radykalnie prawicowe oraz ich sympatyków i losowe osoby. Oto on:
Jest on wspaniałym przykładem wielowarstwowego kłamstwa i manipulacji, bo:

1) Cytat jest zmanipulowany i źle przetłumaczony. 
Oto oryginał: "These people [leaders of ILP] live almost entirely in a masturbation fantasy, conditioned by the fact that nothing they say or do will ever influence events, nor even the turning-out of a single shell".
ILP to Independent Labour Party, socjaldemokratyczna partia powstała w 1893 roku, jej członkiem był Orwell i w tym cytacie ocenił działania szefów partii.

2) To kolejna próba przeciągnięcie Orwella na prawą stronę.
A Orwell był od zawsze lewicowcem. W eseju "Why i write" z 1946 r., Orwell pisał: "Every line of serious work that I have written since 1936 has been written, directly or indirectly, against totalitarianism and for democratic Socialism, as I understand it." Orwell był do końca swojego życia wierny ideałom lewicy, walczył w Wojnie Domowej w Hiszpanii przeciwko Faszystom, a jego prace są nacechowane wolnościową wizją i przesłaniem.

3) Hipokryzja.
Prawica z miłości do "1984" (sztandarowa praca Orwella) robi dokładnie to, co w tej książce robili przedstawiciele totalitarnej władzy, czyli manipuluje historią, dopasowuje cytaty oraz zmienia fakty dla swojej wygodny, celem propagandy i przekonywania samego siebie, że ma się rację.

Orwell w grobie się przewraca.

Dzisiaj też dowiedziałem się o ciekawej prawackiej propagandzie w której wymyślono dekret Stalina w którym nakazuje on nazywanie "faszystami, nazistami i antysemitami" wszelkich wrogów jego ideologii (dzisiaj określanej mianem Stalinizmu). Cel jest jasny: skoro my nazywamy narodowych radykałów i wszelkie przejawy faszyzmu per... faszyzm, to znaczy, że jesteśmy wrednymi komuchami którzy masturbują się do portretu Stalina.

Problem w tym, że takiego dekretu nigdy nie było, jest to bzdura którą ktoś wymyślił i która rozlała się po Internecie na fali obecnej nieustannej propagandy prawicowej. Parafrazując: "Prawicowość jest czymś w rodzaju fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia."

Bo "kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą" - i mnie to boli. Dlatego weryfikujcie każdą informację i "fakt" jaki znajdziecie w Internecie.


wtorek, 8 stycznia 2013

Filmowe podsumowanie 2012 roku


Kino to moja pasja, oglądam na bieżąco filmy nowe, odkrywam stare, śledzę dokonania ulubionych reżyserów, producentów i aktorów oraz chodzę regularnie do kina na wybrane - co lepiej się zapowiadające - pozycje (pozostałe ściągam, zawsze Blu Ray ripy). Z tego też powodu ten wpis, krótkie podsumowanie 2012 roku: jakie filmy mi się bardzo podobały, a na których się zawiodłem. Szmiry i produkcje do których podszedłem neutralnie pozostawiam bez komentarza.

A więc, do dzieła.

1. Cloud Atlas
Najwspanialsze wolnościowe dzieło w historii kinematografii. Jeden, wielki, piękny i epicki manifest rewolucyjno-wolnościowy okraszony epicką akcją sci-fi, mistycznym klimatem fantasy oraz fantastycznym humorem. Brak słów żeby napisać coś więcej, sposób przedstawienia każdego rodzaju niewolnictwa (od rasowego, przez społeczny po korporacyjny) czy kwestii wpływu naszych czynów (nawet najdrobnieszych) na przyszłość okraszone takim pięknym, epickim i fantastycznym wykonaniem (aktorstwo, efekty, charakteryzacja, scenariusz...) - szczęka na podłodze, ciarki na plecach i łzy w oczach. Film pochłąnął mnie całkowicie i mimo skomplikowanej historii wyłapałem wszystkie smaczki i zrozumiałem całość bez żadnego uczucia skonfundowania. Niedawno czytałem sobie znowu 1984 Orwella, fantastycznie się złożyło - mając w pamięci obraz wykreowanego tam świata film jeszcze bardziej kopał w genitalia. Cytatami z filmu można sypać na lewo i na prawo jak z rękawa, nie mogę się doczekać wydania Blu Ray.


2. Perfect Sense
Dzieło wywołujące masę emocji, w tym lawinę łez i tonę ciarek. Wzruszający oryginalny i piękny film o miłości z elementami katastroficznego sci-fi. Świetny klimat, aktorstwo (piękna Eva Green i fantastyczny Ewan McGregor!), scenariusz i niesamowita muzyka!


3. The Hobbit: An Unexpected Journey 
Jestem świeżo po seansie i jeszcze do końca nie mam wyrobionej opinii: z określeniem, czy to arcydzieło kina w ogóle (jak Władca Pierścieni) czy czy tylko kina fantasy mam zamiar poczekać do kolejnego seansu (tym razem w 48 klatkach, film widziałem w 24 w IMAX 3D) oraz rozszerzonego wydania na Blu Ray (w przypadku Władcy Pierścieni filmy zyskują mnóstwo na poszerzonej wersji). Tak czy inaczej: epickie, wzruszające i fantastyczne kino fantasy, z masą akcji, różnych magicznych stworzeń, nawiązaniami do Trylogii LotR i wykonaniem na najwyższym poziomie.


4. The Avengers 
Arcydzieło kina rozrywkowego. Najlepszy stworzony do tej pory film o superbohaterach. Genialne połączenie kina akcji sci-fi z komedią. Dobra muzyka, śmieszny do bólu brzucha, epicki, wywołujący ciarki - chcę więcej!


5. The Dark Knight Rises
Fantastyczny finał fantastycznej Trylogii. Dojrzały dramat o superbohaterach, wysoki realizm, mroczny klimat. Muzyka pasuje, chociaż osobno raczej słaba. Świetny scenariusz i potęga zniszczenia na najwyższym poziomie. Nolan jest geniuszem.


6. Intouchables
Fantastyczny dramat. Pod każdym względem na najwyższym poziomie, wywołujący dużo emocji i ze świetnym przesłaniem. 


7. Shame
Hipnotyzujący, ciarogenny, zmuszający do refleksji, zaskakujący, przerażający, smutny, niepokojący, świetny. Genialnie zagrany. Piękne długie sceny i muzyka.


8. The Hunger Games
Ciekawie wykreowany faszystowski świat, świetna realizacja i aktorstwo. Bardzo dobre kino akcji w klimatach "dzikiego" sci-fi. Oczekiwałem innego zakończenia. Niestety za krótki, spore braki w scenariuszu.


I to wszystko :) To był dobry rok, aż cztery dziesiątki (chociaż Perfect Sense miał światową premierę w 2011*) i mnóstwo genialnych produkcji fantasy oraz sci-fi. Oby 2013 rok był przynajmniej tak samo dobry!


*Jeszcze zaznaczę, co dla mnie oznacza "film 2012 roku", otóż najważniejsza jest dla mnie światowa, a nie Polska data premiery. W wielu przypadkach widziałem Blu Ray rip wcześniej niż film pojawił się w Polskich kinach, często jednak ta granica jest płynna i jeśli pojawi się produkcja oznaczona rokiem 2011, to znaczy, że film widziałem w 2012, ale miał on premierę pod koniec poprzedniego roku i Polską premierę w 2012 roku. Ot, dla klaryfikacji, mam nadzieję, że system nie jest zbyt skomplikowany...